Cordylliera Blanca kolejna perelka na Ziemi

dsc05709.jpg

Cordillera Blanca to najwyższe pasmo górskie poza Himalajami. Znajduje się tutaj ponad dwadzieścia szczytów, które mają powyżej 6000 m. n.p.m.  i podobno jeden z najpiękniejszych masywów górskich na Ziemi.  zdjęcia w internecie faktycznie zapierają dech w piersi.  Trzeba to zobaczyć na własne oczy!! chociaż nie byliśmy do końca przekonani… zaczyna się właśnie  pora deszczowa,  pada codziennie o czym przekonaliśmy się  na własnej skórze moknąc niejednokrotnie do suchej nitki.  A w górach jest pewnie jeszcze gorzej o czym wskazywały wartkie rzeki koloru brązowego spływające z gór.  Namęczyć się i zobaczyć góry zasłonięte grubą warstwą chmur to jeszcze gorsze niż nie jechać w ogóle. Ale z drugiej strony kto nie ryzykuje…  Już na dzień dobry dłuuugi podjazd do Cerro del Pasco.

po drodze na horyzoncie swoje piękno prezentują dziwnie postrzępione skały. jest ich masa! podświetlone raz po raz promieniami słońca wyglądają naprawdę imponująco.  To Park Narodowy Bosque de Piedras. jest niedaleko wiec zbaczamy z trasy i jedziemy w ich kierunku.  Wstęp 1sol i jesteśmy w naprawdę fantastycznym miejscu.  Z daleka wśród stada krów macha do nas dzbankiem pasterz zapraszając do siebie.  Częstuje nas litrem świeżego mleka.  wstyd się przyznać,  ale nigdy nie miałam okazji  pić takiego mleka prosto co wydojonego od krowy.  byłam w szoku że jest ono ciepłe.  mój żołądek także nie przyzwyczajony do naturalności szybko się zbuntował 🙂  Całe popołudnie i  noc padało z przerwami.  Rozbiliśmy obóz w super miejscu za skałą i blisko strumyka czekając cierpliwie aż słońce rozświetli te dziwne skały.  Niestety pogoda była łaskawa tylko na chwilkę,  ale to wystarczyło żeby wysuszyć mokre rzeczy i podziwiać krajobraz.

 

dsc05712.jpg

pc190184.jpg

pc190179.jpg

pc200195.jpg
Rano ruszamy dalej w drogę i tego dnia wspinamy się na przełęcz…  Teraz z górki….  co nie jest dla  nas dobrą wiadomością. z 4300mnpm długi ok.  110km zjazd aż do miejscowości Huanuco na wysokość 1700mnpm  Zmarzliśmy niemiłosiernie, deszcz nie odpuszczał.  Chyba wolimy jednak podjazdy,  w taką pogodę chociaż się rozgrzejemy.  Huanuco to duże miasto, spędzamy tam 2dni  w jednym z Hosteli.

Do świąt Bożego Narodzenia 2dni.  Szał zakupów trwa także w Peru.  Markety zawalone ludźmi,  wózki pełne jedzenia i prezentów.  świąteczna gorączka pełną parą.  Po odpoczynku czas  jechać dalej.  Niestety natura tak uformowała Peruwiańską ziemię w taki sposób,  że to co zjechaliśmy trzeba było podjechać.  Wjazd,  zjazd,  wjazd,  zjazd i tak w nieskończoność.  dziennie robiliśmy około 1000metrow przewyższeń.  Każdy rowerzysta,  a tym bardziej sakwiarz doskonale wie ile energii trzeba włożyć,  w takie podjazdy.  Ale satysfakcji ze zdobytych przełęczy nie da się opisać.

pc270251.jpg
. Po drodze spotykamy rowerzystów z Hiszpanii. Bardzo pozytywnie ludzie, którzy są już w drodze 3,5roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt ze przejechali tzn. przepchali rowery przez niedostępny odcinek pomiędzy Panamą, a Kolumbia zwany Darien. w tym miejscu urywają się wszystkie drogi,  także Panamericana,  a zaczyna się dziewicza dżungla opanowana przez Indian. Przejście tej krainy zajęło im około 2 miesiące!!  kto wie o czym mowa,  na pewno będzie tak samo w szoku jak my.

pc240220.jpg
Po drodze bardzo mało miejsca na rozbicie namiotu.  z jednej strony góra, z drugiej przepaść, a po środku szutrowa droga.  Dojeżdżamy do malutkiej wioseczki i z pomocą dwóch  miejscowych rolników znajdujemy miejscówkę w szopie u jednego gospodarza.  Ludzie bardzo mili i pomocni.  mimo biedy częstują nas zupą,  gotowanymi ziemniakami i ciepłą herbatą.  Wiele osób w tym regionie np.  żona gospodarza u którego spaliśmy mówi w języku Indian – Quechua zupełnie nie podobnym do hiszpańskiego ale jakoś się dogadujemy i spędzamy miło czas

pc240215.jpg

pc240212.jpg

pc230208.jpg

Feliz Navidad – wesołych Świąt Bożego Narodzenia!!

Dwa lata temu na plaży w Myanmarze,  rok temu  Paragwaju w Brazylijskich księży,  a w tym roku…? Wieczór wigilijny spędzamy pod namiotem nad rzeką.  Wcześniej w małej miejscowości kupujemy sobie winko,  ciasto i słodki napój.  Kolacja składa się z przywiezionego jeszcze  z Polski żurku w paczce,  wrzucamy makaron i jajka…. mmm ale rarytasy.  szczerze mówiąc nie czujemy ani trochę magii świąt.  jesteśmy gdzieś głęboko w górach,  dookoła nas sama przyroda,  a raz po raz prymitywna wioseczki w której dzień jak co dzień czyli praca w polu.  wiadomo, trochę nam smutno,   abym bardziej kiedy rodzice napisali nam,  że na stole mają bigos,  pierogi,  barszczyk itp,  a my w tym czasie siedzieliśmy sami na moście jedząc ciastka z dżemem. Ale odbijemy sobie 🙂

pc250226.jpg

pc250229.jpg

Po paru dniach dojeżdżamy do kolejnej przełęczy 4880mnpm.  Nie było łatwo i to nie ze względu na podjazd,  ale porę deszczową, która dawała się we znaki.  Rano zazwyczaj padał deszcz wiec wyruszaliśmy około godziny 9 kiedy się wypadało na tyle, że można było jechać.  W ciągu dnia takich ulew było kilka.  Nie było gdzie się schować i w tym przypadku niezawodną okazywała się być duża plandeka.  Rozkładaliśmy ja pomiędzy rowerami i dzięki temu nasze ubrania i buty były suche.

pc270249.jpg

pc260241.jpg

pc270255.jpg

pc260239.jpg

Na tej wysokości z często padającym deszczem wyschniecie ubrań jest rzeczą niemożliwą, a temperatura powietrza nie rozpieszcza.
I tak na zmianę,  raz się ubieraliśmy, a gdy po deszczu wyszło słońce,  rozbieraliśmy do krótkich spodenek i rękawów.  Właśnie dla tych momentów tu przyjechaliśmy… kiedy wiecznie zalegające  chmury nad szczytami ustępowały błękitnemu niebu mogliśmy podziwiać nieziemskie widoki np.  lodowiec Pastoruri Glaciar.

pc270261.jpg

pc270268.jpg

fb_img_1452269098573.jpg

W oczekiwaniu na pogodę…
w momencie wjechania na przełęcz zaczęło padać,  a że było już dość późno zdecydowaliśmy się rozbić namiot  na w miarę płaskim kawałku trawy pomiędzy krowimi plackami.  padało, padało i przestać nie chciało,  a rano na domiar złego zasypało nas śniegiem. Nie mieliśmy innego wyjścia tylko czekać na poprawę pogody dłuższą niż 20 minut,  bo tyle mniej więcej trwały okna pogodowe pomiędzy ulewami.  w tym czasie mogliśmy podziwiać góry które nas otaczały… z bólem serca żałowaliśmy,  że ładna pogoda  nie trwa dłużej.  na wyciągnięcie ręki zza góry wyłaniał się jęzor lodowca.  Po dwóch dniach oczekiwania deszcz ustał… szybko zaczęliśmy pakować manatki i sprzątać cały bałagan.  zadowolenie nie trwało jednak długo… z nieba zaczęły spadać białe płatki śniegu.  CHOLERA!!!!

fb_img_1452269103361.jpgsiedzieliśmy w pustym namiocie i  marzliśmy. ale na szczęście po godzinie na horyzoncie zaczęło prześwitywać błękitne niebo.  czem prędzej zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy w dół.  Właśnie… czekało nas 1000mnpm zjazdu. pogoda dopisywała,  nawet raz wyszło słońce ,  że ugotowaliśmy sobie spokojnie obiad i wysuszyliśmy wszystkie rzeczy.

Dosłownie parę metrów przed główna droga która prowadzi do Huaraz łapie nas deszcz.   uciekamy do miejscowości Pachacoto i chowamy się pod daszkiem jednego z domów.  Nagle drzwi się otwierają i uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta wpuszcza nas do środka i proponuje żebyśmy zostali na noc.  Gotuje dla nas zupę  z dodatkiem koziego sera oraz spaghetti z suszonymi rybkami.  Na koniec starsza Peruwianka serwuje coś dla rozgrzewki czyli domowej roboty bimber z gorącą wodą z cukrem i limonka… po której z wypiekami na twarzy zasypiamy w mgnieniu oka. Rano śniadanko i w drogę.

fb_img_1452269068827.jpg

Jeszcze parę kilometrów w dół asfaltem i w miejscowości Catac znów zbaczamy z głównej drogi.  Wiadomo…  troszkę żałujemy ze  nie jedziemy do turystycznego Huaraz,  aż ślinka nam leci  na myśl o smażonych kurczakach które zawsze kupujemy w hipermarkecie Plaza Vea gdzie jest dosłownie wszystko … ale boczne drogi są ciekawsze i właśnie ta naturalność wygrywa nad obżarstwem 🙂 Dzień pod względem pogody był dla nas bardzo łaskawy, aż do tego stopnia,  że w ruch poszły krótkie spodenki i krem do opalania.  Ale na tym koniec dobroci.  Droga cały dzień pięła się wysoko w górę, a w twarz wiał silny wiatr. W pewnym momencie siły nas opuszczają i robimy sobie dłuższą przerwę.  Mamy super szczęście bo tuż za rogiem z kanału pod ulicą płynie czysta woda,  która spływa w postaci mini wodospadu, a to oznacza kąpiel pełną gębą 🙂 Hmmm…  jak dobrze pamiętam to włosów nie myłam od 9dni 🙂 Po sjeście jesteśmy jeszcze bardziej rozleniwieni, ale cóż… podjazd sam się nie pojedzie. . Muzyczka na uszy i w drogę.
Piii, Piii, Piiiii….. Nagle jakiś dziwny pojazd trąbieniem wyrywa nas z transu. Okazuje się,  że to para starszych Szwajcarów z psem , którzy ogromną,  pancerną ciężarówką podróżują juz ok. 15lat!!! babcia częstuje nas czekoladowymi ciasteczkami i rozmawiamy dość długo dzieląc się nawzajem doświadczeniami. Niesamowici ludzie,  pozazdrościć tylko takiej starości!!
Jazda pod górkę i pod wiatr nie należy do łatwych,  ale resztkami sił pod koniec dnia dojeżdżamy do przełęczy,  która okazuje się być tunelem na wysokości 4518mnpm. Zjeżdżamy jeszcze trochę w dół i na jednym z opuszczonych pastwisk pod daszkiem,  który sądząc po ilości krowich kup robił kiedyś za schronienie dla zwierząt ,  rozbijamy namiot.  Jestem zziębnięta…. wypijam ciepły rosół i  nawet nie wiem kiedy zasypiam.

fb_img_1452269071841.jpg

fb_img_1452269027793.jpg

fb_img_1452269032709.jpg

Feliz Ano Nuevo!!
Tak..  to dzisiaj jest sylwester. Rano jeszcze przed opuszczeniem Cavin oglądamy w TV jak obchodzą  nowy rok w Australii.  Pokaz sztucznych ogni w Sydney zapiera dech w piersiach.  chciałabym kiedyś zobaczyć to na żywo.  Zjeżdżamy jeszcze parę kilometrów w dół i jesteśmy w większej wiosce Huari.  życia w tej miejscowości zero…  na pytanie,  gdzie dzisiaj jest impreza,  miejscowi zdziwieni odpowiadają że  raczej nic nie będzie.  Ale postanawiamy zaryzykować, może jednak jakaś noworoczna impreza się rozkręci.  bierzemy tani hostel i nowy rok przesypiamy 🙂

p1010002.jpg

Z Huari  zaczyna się za to ostra tyranka.  Wjeżdżamy znów głęboko w góry.  asfalt to wspomnienie,  ale za to ludzie niesamowicie przyjaźni.  Kobiety poubierane w tradycyjne stroje razem z całą rodziną pozdrawiają nas już z daleka radośnie.  Dookoła cisza,  spokój, góry i piękna pogoda.

pc280271.jpg

dsc06111.jpg

dsc06055.jpg

No to po jednym!!
Jesteśmy zaskoczeni,  ale najbardziej hucznie Nowy Rok obchodzą mieszkańcy maleńkich górskich wioseczek.  Co rusz ludzie zapraszają nas do siebie,  biegną za nami z butelka piwka i częstują jedzeniem.  nie powiem,  ale po którejś z wiosek,  gdy każdy polewał nam piwo do szklanki i jeszcze nalegał,, pij,  pij  więcej,,  kręciło nam się trochę w głowie 🙂   w pierwszej miejscowości ok.  godziny 12 młodzież jeszcze rozmawiała sensownie,  w kolejnej mężczyźni pod sklepem ledwo utrzymywali się na nogach,  a w trzeciej na placu boju wśród pustych butelek został dziadzia i drąca się z radia w kółko ta sama piosenka 🙂  ojjjj dzień był męczący dla nas tez pod każdym względem 🙂 Dlatego miejscówka pod namiotem wskazana wcześniej niż zazwyczaj 🙂

p1020014.jpg

Przełęcz i zjazd do San Luis,  małe zakupy i w drogę. Za miasteczkiem droga się rozdwaja, jedna szyfrowanie prowadzi w dół,  a druga asfaltową do góry . Miejscowi mówią,  że oby dwie prowadzą do Yanama.  Wiadomo… zdrowy rozsądek podpowiada żeby jechać asfaltem i tak robimy.  Gładki i długi zjazd aż gęby same się cieszą 🙂 Lecz po jakimś czasie asfalt leci dalej do głównej drogi na Huaraz,  a nasza trasa zamienia się w gliniana szutrowa drogę.  Hmmm… Huaraz i wygoda kuszą na każdym kroku, ale po przerwie i dłuższych przemyśleniach wybieramy jednak  kamienistą trasę na Yanama.  Pogoda dopisuje na maxa,  spieczeni od słońca pniemy się w górę.  Zza gór wystają ośnieżone masywne szczyty,  które wyglądają jakby były wklejone.  Bajka!!  Droga bardzo zawiła,  często się rozdwaja co jest zagadką.  Na szczęście ni stąd ni zowąd pojawia się pasterz ze stadem zwierząt i wskazuje drogę na Yanama.

dsc06106.jpg

p1050023.jpg

fb_img_1452269115864.jpg

Docieramy w końcu do miejscowości z której zaczyna się jeden ze szlaków turystycznych po Cordyriera Blanca.  Mamy nadzieje ze pogoda utrzyma się jeszcze parę dni pokazując nam w całości te przepiękne góry.

GRINGO!! GDZIE MASZ PREZENTY??
myślałam że już nic mnie nie zdziwi,  a tu niespodzianka.  Zbliżaliśmy się pomału do szlaku turystycznego pomiędzy Yanama a Yangay ciągnący się pomiędzy największymi szczytami Cordyriera Blanca.  Jeszcze dobre parędziesiąt kilometrów przed podczas przerwy podeszła do nas babunia.  Z  uśmiechem pokazując niepełne uzębienie mówiła coś w języku quechua, którego nie rozumieliśmy wiec odwzajemnialiśmy uśmiech.  Nagle kobita przypomniała sobie hiszpański i zapytała ,,  tienes regalo para mi? ”  (czy masz prezent dla mnie?)  rysując na dłoni kółko,  które miało symbolizować pieniądze.  Zamurowało nas,  ale potraktowaliśmy to jako żart.  Kilometr później kobieta myjąca stopy krzyczy to samo,  parę metrów dalej dwóch gówniarzy biegnie za nami z tekstem o prezentach i lizakach….  im bliżej szlaku,  tym sytuacja była coraz gorsza.  Turyści tak nauczyli miejscowych,  że biały człowiek kojarzy im się  z prezentami.  W końcu  nie wytrzymałam gdy jedna z kobiet wręcz wypłynęła w naszym kierunku ku dziecko,  które oczywiście zapytał o prezenty.  Zatrzymałam się i zapytałam czy maja prezenty dla mnie,  Przecież to ja jestem gościem w ich kraju wiec to mi należy się prezent, hahaha myślałam że kobiety zabija mnie wzrokiem. 🙂

p1050026.jpg
Droga po szlaku turystycznym w nie najlepszym stanie dla rowerów,  duże ostre kamienie uniemożliwiają jazdę.  Góry ukryte za mniejszym pasmem  coraz efektywniej pokazują swoje piękno.  Aż wreszcie po 2dniach docieramy na przełęcz. No cóż….  docieramy w deszczu,  wszechobecna mgła pokazuje tylko zarysy gór..  nic więcej. Jesteśmy strasznie rozczarowani,  ale dajemy pogodzie szansę i rozbijamy namiot poniżej przełęczy.

DSC06309.JPG

p1070040.jpg

p1070047.jpg

dsc06166.jpg
Rano jakby lepiej,   zjeżdżamy troszkę w dół i nagle jakby nasze prośby zostały wysłuchane, a ciężka harówka wynagrodzona 🙂 Zadyszka związana z wysokością na chwilę ustała… na chwilę w ogóle przestaliśmy oddychać i stanęliśmy w miejscu zachwyceni. Widok nie do opisania.  Rozkoszowaliśmy się cudownym widokiem gór,  laguny Llanganuca i wspaniałą słoneczną pogodę,  która odsłaniała pomału każdy ze szczytów .

fb_img_1452269000363.jpg

fb_img_1452268992446.jpg

 

Teraz wiem, że każdy podjazd,  każde zmoknięcie,  marzniecie w nocy,  było warte tego widoku na który pracowaliśmy bardzo ciężko. Gdzieś czytałam że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi zgadzamy się z tym bez zastrzeżeń!!!!!

Reklamy

Informacje o Namiot nasz dom

Od września 2013 roku w wyprawie rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej
Ten wpis został opublikowany w kategorii Peru i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s