Dwa oblicza parku narodowego Eduardo Avaroa

image

Żadne z dotychczasowych miejsc na świecie do których udało nam się dotrzeć na rowerach nie wymagało od nas tyle siły fizycznej i psychicznej co położony na południowych krańcach Boliwii Park Narodowy Eduardo Avaroa. zrozumieliśmy to już pierwszego dnia.  Codzienna walka ze słabościami,  zimny silny wiatr,  temperatury spadające w  nocy do – 15*C, słońce palące nasze twarze w dzień,  wysokości sięgające 4928mnpm!!, brak wody oraz fatalna!!! nawierzchnia przystosowana  dla jeepow 4×4 a nie obciążonych rowerów. kamienie,  tarka,  piach,  żwir…. i tak na zmianę.  Ale z drugiej strony żadne z miejsc na świecie nie dostarczyło nam tylu pozytywnych emocji,  przepięknych nienaturalnych widoków, białe zielone i czerwone jeziora,  góry w najdziwniejszych odcieniach piasku i czerwieni. Do tego flamingi, gorące źródła, wulkany i gejzery…  płakaliśmy na zmianę  z fizyczno-psychicznej bezradności i zachwytu nad pięknem tej krainy.

Dzień 1
Ruszyliśmy leniwie z ostatniej cywilizacyjnej ostoi San Juan gdzie pierwszy raz mieliśmy okazję spać w solnym hotelu.  Wszystko,  dosłownie wszystko zrobione było z soli.  bardzo ciekawe doświadczenie.

image

image

Ale zanim wyruszyliśmy w trasę,  spędziliśmy cały poranek na poszukiwaniu chleba i ostatnich zakupach-dalej już tylko pustynia… przed wjechaniem na tę część Altiplano trzeba zabierać ze sobą większe zapasy wody.  z relacji innych rowerowych podróżników,  woda dostępna jest średnio co 3-4 dni , ale tego tez nie można być w 100%pewnym… przecież to bezludna pustynia…
image

Już od początku wiatr dyma w twarz… a jak! Jedziemy z ledwością,  a gdy wjeżdżamy na Salar de Chiguana wiatr  napędza się jeszcze bardziej i co rusz próbuje zwalić nas z rowerów.  Po 38km wygrywa… Na szczęście jak na zawołanie pojawia się kwatera wojskowa i opuszczona stacja kolejowa na której spędzamy noc. Co za ulga ze chronią  nas ściany,  bo na zewnątrz istne tornado.
image
image

image

Dzień 2

wstajemy o 4, chociaż temperatura – 6*c nie zachęca do wyjścia ze śpiwora.  Ale wczorajsze nieplanowane lenistwo  trzeba odpracować ,  tym bardziej że wiatr jeszcze śpi.  Piękny wielobarwny wschód słońca napędza do jazdy,  chociaż jak się później okaże,  dzień  nie będzie taki kolorowy….  Przed nami niewielka przełęcz niby tylko 540metrow w górę,  ale ta mała górka okazała się koszmarem.  Ze średnią prędkością 3-4km/h pchamy ciężkie rowery przez grząski piach i kamienie… Jesteśmy wyczerpani,  a pod  nosem kłębią się tylko niezliczone ilości niecenzuralnych słów gdy co chwila rower zsuwa się do rowu…  późnym popołudniem udaje nam się zdobyć szczyt 4200mnpm i parę metrów niżej za kamieniem rozbijamy namiot z widokiem na wulkan i wielką ulgą…
image

image

image

Dzień 3 – …

Kolejne dni wyglądały podobnie – pobudka, gdy tylko słońce ogrzało ściany namiotu i temperatura była znośna żeby opuścić ciepły śpiwór…a potrafiło być naprawdę zimno.  -10*C to normalka…

image

później rozmrażanie wody na kawę,  przygotowanie śniadania i w drogę.  Każdy wymęczony kilometr był walką i  zastanawianiem  się ,, co my tu k…  robimy??!! ”  normalni ludzie siedzą sobie w ciepłym mieszkanku pijąc herbatkę i wcinając ziemniaki ze schabowym.  a my?? przez cały dzień meczymy 30km ciągnąc rowery po piachu,  przewracając się w głębokim żwirze i  jedząc byle co… ale na szczęście raz na jakiś czas dostawaliśmy w nagrodę wynurzające się zza rogu kolorowe laguny z różowymi flamingami np.  Laguna Canapa która  urzekła nas najbardziej  .
image

image

image

image

image

image

image

Czwartego dnia Marcin od rana czuł się osłabiony,  jakimś cudem przejechaliśmy dzienny maraton 30km…  ale na tym koniec,  organizm Marcina skapitulował następnego dnia. Na nasze szczęście parę kilometrów dalej znajduje  się chyba najdroższy hotel w Boliwii Hotel del Desierto położony na środku pustyni .  Dostaliśmy schronienie które chroniło przed wiatrem, mogliśmy się umyć i odpocząć w ciepłym pokoju z miękkimi łóżkami. i to o dziwo za darmo!!
kiedy Marcin się kurował,  ja w tym czasie wzięłam się z wypieki.  Jeszcze w San Juan  kupiliśmy kilo mąki.  wystarczyło dodać trochę  wody,  mleko w proszku,  wyrobić ciasto i sruu na patelnie.  Naleśniczki  jak ta lala,  z dżemem  smakowały wybornie.
image

image

image

REKORD REKORDÓW POBITY!!

za Laguna Colorada droga nagle zaczyna piąć się wysoko wysoko do góry. Z rana ruszyliśmy z nadzieją że  zaliczymy podjazd na raz.  ale niestety w Parku Narodowym niczego nie można być pewnym.  Sam dojazd do początku przełęczy,  który liczy tyko 15km to jeden wyjeżdżony żwir…  Koszmar,  który trwał  cały dzień skończył się na szczęście w bardzo miłym towarzystwie Francuza,  który podróżuje jeepem i nocowal w tym samym miejscu co my.  Mmm wyposażenie jego lodówki było najlepsza nagrodą za całodzienny trud 🙂  ciepła zupa,  spaghetti i cały słoik masła czekoladowego  🙂  Następnego dnia dotarliśmy na szczyt naszych szczytów.  4928mnpm to jak na razie najwyższy punkt w jakim znaleźliśmy się na rowerach

image

image

image

image

image

JAK NA MARSIE

Rezerwat trzymał nas w ciągłym zachwycie nad nieziemskością krajobrazów.
Kolejne dni to mieszkanka gejzery Sol de Manana,  pustynia Salvadora Dali – miejsce występowania surrealistycznych skalnych form,
image
image

image

image

image

skalne  drzewa wyrzeźbione przez siłę wiatru, wulkany aż wreszcie  dotarliśmy do gorących źródeł. Nie mogliśmy sobie odmówić kąpieli,  zresztą pierwszej od paru dobrych dni 🙂 Gorąca woda zregenerowała nasze siły naruszone w poprzednich dniach i do końca wyssała z nich energię.
Wchodziło się fajnie,  gorzej z wychodzeniem.  Woda miała temperaturę kolo  30*c a na zewnątrz jak to na wysokości ponad 4000mnpm….ziimno.  w miejscu gorących źródeł znajduje się hostel,  niestety zarezerwowany głównie dla zorganizowanych jeepowych  wycieczek,  a nie indywidualnych turystów których w tym miejscu jest garstka….  ale na szczęście obok w trakcie budowy był drugi hostel i dostaliśmy pokój za pół darmo, 🙂 wcześnie rano wstaliśmy  z trudem,  ale  nie mogliśmy odmówić sobie wschodu słońca z perspektywy gorącego źródła.  Przepiękny widok!! sami,  zanurzeni po same uszy w gorącej wodzie,  a przed nami magiczny obraz wychodzącego słońca.  to był strzał w 10!!! około 8  zaczęły napływać jeepy z turystami i nagle wokół nas zrobiło się baaaardzo  tłoczno.  Na dowidzzenia uzupełnilismy wodę w hostelowej  kuchni i dostaliśmy od milej Boliwijski z długimi warkoczami całą reklamówkę świeżych placków!!!  kocham tych ludzi!

image

image

Wśród tych wszystkich cudów natury nie byliśmy oczywiście sami. Codziennie mijały nas dżipy z kierowcami, kucharkami, zapasami jedzenia i turystami,  którzy płacą około 150$ za trzy dniową  wycieczkę po Salar del Uyuni  i Parku Narodowym.  Rowerzysta musi liczyć na siebie. Ale coś za coś. Cyklista może się cieszyć nieograniczoną wolnością odkrywania uroków okolicy we własnym tempie i w samotności.  Jeepy często zatrzymywał się proponując wodę itp.  już nie wspomnę  ze oprócz tych pięknych widoków byliśmy  nie lada atrakcją 🙂  zrobiono nam masę zdjęć,  a wiwatów  i oklasków nie było końca.  dodawało to nie lada motywacji  w walce ze sobą na tych bezdrożach.

image

,,DROGI „
Tego się nie da opisać…to trzeba przeżyć na własnym tyłku

image

image

image

image

image

image

Po 10 naprawdę trudnych pod względem fizycznym i psychicznym dotarliśmy do Boliwijskiej budki migraciones. byliśmy niesamowicie szczęśliwi ze kończy się to piekło,  tuż za rogiem czeka na nas gładziutki  chilijski asfalt którym przez 42km zjedziemy wprost do turystycznej przystani – oazy San Pedro De Atacama… ale w głębi duchu z doświadczenia wiedzieliśmy,  że tam gdzie zaczyna się asfalt kończą się przygody….  i tak też było tym razem…
park narodowy Eduardo Avaroa  był słodko gorzkim doświadczeniem które zapamiętany do końca życia.

image

image

image

image

image

Info praktycznie

-po drodze jest parę punktów w których można uzupełnić wodę,  coś zjeść i się przespać.  Bardzo przydatna mapka znaleziona w internecie

image

–  bilety można kupić w dwóch miejscach w zależności od której strony wjeżdżamy
– od strony Boliwii w miejscu laguny Colorada – później bilety sprawdzane są ponownie w miejscu wjazdu do PN przy Lagunie Verde obok hotelu
-i odwrotnie jeśli wjeżdżamy od strony Chile
Cena biletów 150 boliwianów,  ważny 4dni.
Tak między nami…  dziennie przewija się przez PN masa zorganizowanych wycieczek i to na nich skupia się cały zarobek.  My nie wiedzieliśmy ze przy Lagunie Colorada trzeba kupić bilety i przejechaliśmy tylko zadowoleni obok budki.  Na domiar wszystkiego ostatniego dnia poprosiliśmy o nocleg w pomieszczeniu przy Lagunie Verde,  gdzie sprawdzane są bilety 🙂 Nikt nas nie ścigał,  nikt nas nie sprawdzał… najciemniej pod latarnią-  jak powiadają 🙂

Advertisements

Informacje o Namiot nasz dom

Od września 2013 roku w wyprawie rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej
Ten wpis został opublikowany w kategorii Boliwia i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Dwa oblicza parku narodowego Eduardo Avaroa

  1. justabrr pisze:

    Ach! Bo trudno i Aaaach! bo pięknie 🙂 Zdrowia i sił życzymy na dalsze cuda.

  2. Dario i Marcinie! Jestem Waszą fanką i pełną zachwytu czytelniczką. Baaaardzo dziękuję za wszystkie wpisy, zdjecia, za pełną emocji relacje, za każde info, z którego pewnie nie skorzystam, bo to nie na moje siły i nogi:) Oczyma wyobraźni podążam za Wami. Trzymam kciuki za dalsze przygody….Jagoda Koprowska

  3. PoLocos!To okreslenie pasuje do was doskonale:) Ale mieliscie wrazen!

  4. Skarpetianin pisze:

    Fascynujący opis, hart ducha, niezwykłe, pozostające w pamięci doznania. Pisz, kiedy tylko możesz bo z czasem wspomnienia blakną, „Gwiazdo Atacamy”(to po obejrzeniu zdjęcia z Tobą w roli atrakcji turystycznej) Hahaha

  5. Jacek Dec pisze:

    Chylę czoła przed hartem ducha i zazdroszczę tego szaleństwa. My jesteśmy nieco mniej szaleni (choć są momenty, że nie mam co do tego pewności) i Park Eduardo Navaroa chcielibyśmy pokonać polskim samochodem Żuk. Zaczynamy naszą podróż po Ameryce Południowej już za miesiąc. Do Atakamy dotrzemy pod koniec lutego. Planujemy wjechać do Parku od strony San Pedro de Atacama i dojeżdżając do Drogi Nr 701 skierować się w kierunku San Cristobal, i dalej do Uyuni. Będę bardzo wdzięczny za wszelkie podpowiedzi, opinię o przejezdności dróg, a szczególnie za uczciwą ocenę czy takie przedsięwzięcie jest w ogóle wykonalne…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s