Salar de Uyuni….zabójcze piękno…

image
Salar de Uyuni, miejsce magiczne i nieziemsko piękne, ale dla nas rozegrało się tam piekło i walka o życie…wystarczyłby jeden podmuch wiatru, jedna iskra i by już nas nie było…
Wielu spotkanych ludzi mówiło, że przez Salar  przejechać się nie da.

Liczne opady deszczu sprawiły, że sól pokrywa duża warstwa wody i w wielu miejscach jest grząsko. hmm może jednak spróbujemy? i dobrze, że się zdecydowaliśmy, ponieważ już po 2 km podłoże było twarde jak asfalt i wyśmienite do jazdy. Z Uyuni do drugiego końca Salaru, gdzie jest miejscowość  Tahuna i wulkan Tunupa mieliśmy 80km. Łeee jak nie dzisiaj, to jutro dojedziemy na miejsce, a nocleg na solnej pustyni to nie lada atrakcja 🙂 Słońce świeciło sprawiając, że ten biały świat, który nas otaczał wydawał sie jeszcze bardziej niesamowity. Ciesząc się chwilą jechaliśmy przez ten cud natury nie wiedząc, że parę godzin później ten cud zamieni się w horror pełen płaczu, krzyku, niedowierzania, że od śmierci dzieli nas tylko chwila… W połowie dnia Marcina zaniepokoiły chmury burzowe, które zaczęły piętrzyć się za naszymi plecami, były daleko i szły skosem więc zapewne przejdą bokiem, ale na wszelki wypadek przyspieszyliśmy tempo żeby w razie czego zdążyć do miejscowości. Niestety burze są nieobliczalne i z biegiem czasu chmury zaczęły rozrastać się jeszcze bardziej goniąc nas…ostatnie 50km to był sprint i jak na złość salar pokrywała coraz większa warstwa wody. Burza była coraz bliżej, na horyzoncie dookoła błyskały pioruny, a my pędziliśmy ile sił w nogach widząc już w oddali miejscowość. I nagle, 8km od celu wprost przed nami wyrosła wielka komórka burzowa uderzając piorunami w ląd.  Byliśmy w najgorszym w możliwych miejsc, na otwartej przestrzeni, po kostki w wodzie, z  rowerami i chmurami burzowymi dookoła. Nie pozostało nam nic innego jak zostawić rowery i uciec od nich jak  najdalej. Skuleni w kłębki patrzeliśmy jak 5km przed nami uderzają pioruny. Jeśli jeden z nich trafi w wodę…umrzemy, jeśli jeden z nich uderzy w rowery…umrzemy. Cel byl tak blisko, a my nie mogliśmy nic zrobić bo gdybyśmy chociaż drgnęli trafiłby nas piorun. Ja płakałam z bezradności, krzyczałam, byłam przerażona tym co się dzieje i tym co się może stać…tym bardziej ze burza szła na nas… Nagle z chmury , która goniła nas przez całą drogę , lunęło niesamowicie i zerwał się bardzo silny wiatr, który w pewnym sensie uratował nas, przeganiając burze w druga stronę. Postanowiliśmy wykorzystać ten moment i wsiedliśmy na rowery w transie pedałując patrzeliśmy, gdzie tym razem uderzy piorun…i czując wielką ulgę gdy wyładowanie miało miejsce w górę lub ląd… to nie był koniec. Jadąc, czuję dziwne mrowienie w rękach i stopach, a z ramy roweru przeskoczyła  iskra… z chwili zadumy wyrwał mnie krzyk Marcina – padnij!!!! Okazało się, że nasze ciała i rowery były tak naładowane, że od wyładowania i uderzenia przez piorun był tylko  moment. Siedzieliśmy oddaleni od siebie o ok 100metrow patrząc na w swoją stronę z przerażeniem w oczach. Ta chwila była najgorsza ze wszystkich… nie wiedzieliśmy co robić, tym bardziej, że zbliżała się do nas następna nawałnica. Jedno  było pewne, zostając na otwartej przestrzeni, przemoczeni i siedząc po kostki w wodzie skazujemy się na pewną śmierć. Do małej miejscowości o nazwie Jirara zostało tylko 3km…najdłuższe i najgorsze 3km w moim życiu. Patrzałam na budynki, które z każdym obrotem pedałów zbliżały się sprawiając, że nasz ratunek był coraz bliżej. Było już ciemno, gdy cali mokszy, brudni, zmęczeni i przerażeni dotarliśmy na ląd do pierwszych  zabudowań.  Niesamowicie sympatyczne starsze małżeństwo z hostelu aż sie przeżegnało gdy nas zobaczyli. Ja zaryczana, trzęsąca się z zimna wyglądałam  jak jedno wielkie nieszczęście. Dostaliśmy pokój z gorącym prysznicem a później zostaliśmy zaproszeni na ciepłą zupę,  którą babcia ugotowała. Emocje pomału opadały, a ja czułam się nareszciebezpiecznie, choć adrenalina jeszcze długo krążyła nam we krwi uniemożliwiając zaśnięcie-dopiero mała dawka alkoholu sprawiła, że odpłynęliśmy…

image

image

image

image

Reklamy

Informacje o Namiot nasz dom

Od września 2013 roku w wyprawie rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej
Ten wpis został opublikowany w kategorii Boliwia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Salar de Uyuni….zabójcze piękno…

  1. ewel pisze:

    Bardzo się cieszę , że nic się nie stało , uf ! Pozdrawiam ciepło .

  2. Zajka pisze:

    Ja chyba bym umarła ze strachu. Współczuję Wam i cieszę się ,że wyszliście z tego piekła cali.Niech Was Bóg ma w swej opiece przez całą dalszą drogę!

  3. olka pisze:

    niesamowite!

  4. Sandra l pisze:

    Czytając tego posta aż gęsiej skórki dostałam. Podziwiam Was za odwagę i determinację. Uważajcie na siebie, życzę Wam udanego powrotu do Europy 🙂

  5. Szaleni! Ale szczescia mieliscie duzo i widac, ze ktos nad wami czuwal:)

  6. Pingback: Sól po horyzont… powrót na Salar del Uyuni | Namiot Nasz Dom

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s