Boliwia- witajcie Andy!!

image

W momencie przekroczenia granicy  z Boliwią i wbiciu początki wjazdowej 30km dalej w miejsowości Ibiobo, zmieniło się wszystko. Nagle zabójcza Paragwajska teperatura spadła o pare stopni, powiało zeskim wiaterkiem, a prosta jak drut droga zafalowala z tendencja zwyżkową.  Na horyzoncie ujzelismy zarysy gór w kierunku których jedziemy. Nasze mięśnie po płaskim odcinku Chacko zapomniały co to podjazdy, ale bez watpienia, szybko sobie przypomną 🙂 Boliwia to jeden wielki pofldowany teren, pnący sie kilometrowymi serpentynami w górę.

Juz pierwszego dnia Boliwia bardzo nam sie spodobała pod wzgledem kulinarnym.Na ulicach wyrosły znane i lubiane przez nas ,, gar kuchnie” z empanadasami i innymi regionalnymi przysmakami w niskch cenach. totalny mix obiadowy skladajacy sie z kurczaka, frytek, makaronu, ziemniamow, ryzu i kompotu to wydatek 10boliwanow (5zl) 🙂

Z miejscowosci Villamontes obralismy kierunek na Tarija. wedlug mapy to tylko 270km, 2,5dnia na Paragwajskiej szosie. Ale juz po wyjechaniu z miasta Boliwia pokazala swój pazurek zabierając nam na dluuugo wygodny asfalt 🙂 Chociaż droga cały czas pięła sie w górę to niesamowcie malownicze krajobrazy sprawialy, że bardziej od naszych miesni pracował aparat. Waska, szutrowa sciezynka posrod gestego lasu i szarej rzeki w dole. Pomyśleć sobie, że tak wygląda główna droga na zachód którą jeździ dosc duza ilosc ciezrowek. Az dreszcz przechodzi mi po plecach, gdy przypomne sobie wymijajace sie nawzajem auta pare cm od przepasci

image

 

.Tarija to duże miasto, które zakoczyło nas czystością i dużą ilością parków oraz kafejek inernetowych za 3 boliwiany/1godzina. Oprócz tego miasto nie ma zbyt duzo do zaoferowania zahodniemu turyście, chociaz nam sie to bardzo podobało ponieważ właśnie brak turystów sprawil, że miasteczko było naturalne, a my nie traktowani jak chodzące portwele. Po dwoch dniach nic nie robienia zastanawialiśmy się co dalej…czy jechać główną drogą w strone Potosi czy któraś z dróg do Tupiza. Wybraliśmy trase nr. 2

,, przepraszam czy ta droga prowadzi to Tupiza”-zapytałam jadacych policjantow wskazujac na blotnista droge.

”tak, ale za 500metrow macie zjazd na asfaltówke”-odpowiedzieli przekrzykujac sie jeden przez drugkego.

hmmm…asfalt…ciezarowki…ruch…smród… nie zastanawiając się długo pojechaliśmy dalej glinianą drogą co okazalo się strzałem w dziesiatke!! Jechaliśmy  sami, a raz po raz mijali nas jacys miejscowi gorąco pozdrawiajac. Wspinalismy sie do gory, coraz wyżej i nawet dobrze nam szło do momentu kiedy ni z tad ni z owąd lunęło przemaczajac nas do suchej nitki…do tego zrobiło sie zmino i bardzo nieprzyjemnie. Przejchaliśmy jeszcze pare km w górę i znaleźliśmy niewielką zatoczkę w sam raz na rozbicie namiotu i zjedzeniu czegoś ciepłego (wczesniej przed deszczem schronilismy sie w drewnianej szopie, gdzie byla skladownia zimnoakow, wzielismy sobie pare na kolacje. z majonezem smakowaly wybornie)  Achh co za rozkosz położyć się najedzonym w cieplym i suchym spiworze..wieczorem odwiedzimy miejscowych chlopakow, ktorzy  zeby zaimponować swoim laskom, akurat pare metrów koło nas postanowili zrobić sobie dyskotekę i na caly regulator puścili muzyke w aucie tańcząc i skacząc jak malpy…ech

Na drugi dzien w mgle ruszamy dalej do gory. Jedzie sie bardzo ciezko..nogi jak z kamienia, a do tego zadyszka i boląca  głowa. Na szczęście żucie liści koki minimalizuje objawy wysokosci i daje kopa.  Zdobywamy przełęcz 3880mnpm!! jak narazie to nasz rekord, jestesmy z tego powodu bardzo podekscytowani i dumni.

image

image

Zjezdzamy do miesjcowosci Iscayachi, wciągamy zupę warzywna, Sauce (potrawka z grochu, kaszy warzyw i kurczaka, PYCHA!!) , i makaron z kurczakiem i w dość obskórnym alojamiento (5zl od osoby), suszymy ubrania i idziemy spac.

Rano wita nas slonce , a co za tym idzie humory dopisuja. Zjezdzamy do miejscowości El Puente niesamowcie bajeczną i piekną droga. dookola czerwone skaly i kaniony zachwycajace formami i ksztaltami, do tego duze kakutusy. czujemy sie jak w Kanionie Colorado..ach co za fantastyczna kraina.Reord pobity!!

Do Tupiza dzieli nas okolo 100km i duża przełęcz do pokonania. Żegnamy sie z asfaltem i droga nr1 (ktora w sumie przejechalismy tylko pare kilometrow) i wsrod kaktusow jedziemy do miescowosci Impora. pare domkow  na krzyż, ale ludzie  bardzo pozytywni chociaz nie powiem, trochę zaskoczeni naszym widokiem.  w maluśkim sklepiku babcia częstuje nas woda z cytryna.

„a skąd jesteście? ”

„z Polski”- odpowiadam, ale widzę, ze babcina szuka w głowie,  gdzie ta Polska może być

„z Polski pochodzi papież JP2, ale już nie żyje”-staram sie ją nakierować

„ojj to smutne, a teraz skąd pochodzi papież?  z Ameryki? ”

no cóż…ludzie na takich wioskach sa totalnie odizolowani od swiata i zacofani. W wielku miejscach schowane gleboko w górach widzimy chaty zbudowane z kamieni i gliny przykryte jakas folią służącą za dach. Nie potrafię sobie wyobrazić, że tam mieszkaja ludzie, ktorzy oprócz paru zwierząt nie maja nic. Dzieci od małego ucza sie wypasu bydła i obowiazkow ktore pewnie beda wykonywac przez cale zycie, jak ich rodzice. Podczas podjazdu slyszymy dziwne odglosy..nagle z krzakow wyłania sie stado kóz i mała dzieczynka zaganiająca je w górę na wypas. pomyśleć, że jej rówieśnicy np, w Chile spedzaja teraz swoj wolnu czas na przyjemnosciach, grając w gry, jedzac lody, bawiąc sie z innymi dziećmi…a ona, swoje dzieciństwo spędza pracując  z dala od cywilizacji…

image

image

image

image

Tego dna za żadne skarby nie moge sie rozkręcić..z jezorem na wierzu wspinam sie do gory w wiekszosci prowadząc rower… znajdujemy piękne miejsce na nocleg z niesamowitym wodokiem na zachod, a wczesnie rano, na wschod słońca ktory obserwujemy z namiotu. takich przezyc nie zapewni zadnem hotel.

image

image

image

image

image

image

Jemy sniadanie w bajecznej sceneri i kulamy sie dalej do gory. Dzien bardzo gorący, a wody w bidonach wody ubywa bardzo szybko.. dokola same kaktusy, zadnych rzek, źródełek i ciekow wodnych. Juz sie balismy, ze zabraknie nam wody az nagle trafiliśmy na istną oazę wśród tych suchych terenów.  Wybijajca woda spływała po skalach tworząc liczne oczka wodne. Nie zastanawiając sie nawet sekundy zrobiliśmy sobie długą sjeste mocząc sie w zimnej wodzie. Słońce świeciło a ja postanowiłam sie troche poopalać co nie było rozsądne.  Na wysokości ponad 3500mnpm ze słońcem nie ma żartów… po paru minutach byłam spalona na raka…juz nie mówiąc o pęcherzach na plecach… Trudno bylo sie znowu rozruszać do jazdy. Ale czas wracac do pracy i po paru godzinach wjechaliśmy na przelecz 4260mnpm!!! o dziwo poszło bardzo gładko 🙂 kondycja i przyzwyczajenie do wysokości pchało nas do przodu!!! rano temp 30st, a na szczycke 8st. zjezdzamy w dol i dnia nastepnego dojeżdżamy do Tupiza-Ibiza 🙂

image

image

Reklamy

Informacje o Namiot nasz dom

Od września 2013 roku w wyprawie rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej
Ten wpis został opublikowany w kategorii Boliwia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s