Argentynska Patagonia-pustka w której główną rolę odgrywa wiatr

W porównaniu z zielona, pełną ośnieżonych gór, rzek, wodospadów z czysta, zimna woda wprost z lodowa, Patagonia Argentyńska jest jedną wielką łąką ciągnącą się az po horyzont.

DSC00841

Oprócz tego wiecznie wiejący wiatr, który świszcze w uszach i nie daje odpocząć nawet na chwile, nawet w nocy trzepocząc namiotem na wszystkie strony.  Jak wiadomo wiatr jest niesamowicie ważnym czynnikiem podczas jazdy rowerem, potrafi sprawić, ze podróż będzie raz sielanką, a za chwile zamieni się w piekło.

Nasza przygodę z ta kraina rozpoczęliśmy od miejscowości Perito Moreno, gdzie zaczyna się słynna RUTA 40, odpoczywając dwa dni na tutejszym polu namiotowym z gorącym prysznicem za 8zl od namiotu 🙂 Byl czas na lenistwo i klejenie dziur w materacu…45 dziur najprawdopodobniej większość to pamiątka z australijskiego outbacku 🙂

wpid-pb060186.jpgwpid-wp-1416252678530.jpegwpid-pb060174.jpg

Pogoda dopisywała i wiatr tez, pierwsze 40km pędziliśmy z zawrotna prędkością,  uśmiechami na twarzach i wiatrem w plecy, mając cichą nadzieje, ze tak będzie zawsze. Ale droga z każdym przebytym kilometrem skręcała coraz bardziej na zachód az w końcu wiatr złapał nas w swoje objęcia już do końca dnia wiejąc prosto w twarz. I tak wyglądały nasze kolejne dni, raz grzaliśmy bez pedałowania 30-40km/h robiąc dniówkę w 3 godziny bez zmęczenia, a tuż za rogiem droga skręcała dla nas niekorzystnie i z jęzorem na wierzchu osiągaliśmy prędkość 10km/h , albo ledwo co utrzymywaliśmy sie na rowerach jadąc z górki 3km/h.

Ale pewnego dnia juz od rana wiało mocniej…i mocniej….az na trasie w środku nieczego dorwała nas burza piaskowa i huragan!! początkowoko prowadzilismy rowery z coraz to większym  trudem, az nagle o wiatr rozkręcił sie do tego stopnia, że nie było możliwości stać bo przewracał!! w powietrze wystrzeliła ogromna chmura piasku uderzając nas w twarz i oczy, a dookola jedna wielka pampa. Na szczęście niedaleko był rów i kępy krzaków za którymi się schowaliśmy czekając dobrych kilka godzin na jakieś auto ktore zabierze nas z tego piekła. Niesamowite przeżycie,  chociaż momentami niebezpieczne, ale oprócz pokaleczonych twarzy i piasku w oczach po czasie wspominamy te chwile z uśmiechem  na twarzy 🙂

Na szczęście z opresji schowanych w rowie wyciągnęło nas dwoje Argentyńczyków jadących do El Calafate  na zawody konne 🙂 wspaniale!! I tak w ciagu 6 godzin przejechaliśmy autem okolo 360km w większości paskudnej szutrowej drogi. El Calafate to niewielka, ale bardzo znacząca miejscowość, to właśnie z niej odbywają sie wycieczki I trekingi do slynnego lodowca Perito Moreno. Trochę obawialiśmy sie wylądowania w tak turystyczanej miejscowosci wieczorowa pora bez zanych perspektyw na nocleg. Ale na szczęście nasi nowi przyjaciele pomogli nas po raz drugi i spedzilismy dwie noce na terenie stadniny koni na tzw. ,,krzywy ryj,, zaoszczędzając okolo 40zl od osoby za noc na jedynym wypasionym campingu, przy okazji wyczailiśmy sklep gdzie wystawiają warzywa i owoce, które nie nadają sie na sprzedaż, ale do jedzenia sa znakomite np. troszkę miękkie banany i pomarańcze 🙂 chętnie korzystaliśmy z tej promocji i zjedliśmy przez 2 dni chyba ze 5 kilo bananów 🙂

Sport narodowy Argentyńczyków przypomina trochę rodeo, tylko zamiast byków sa konie. Zabawa polega na tym, ze na rozawscieczonego i  zestresowanego konia siada zawodnik i musi za wszelka cene utrzymac sie na grzbiecie wierzgajacego sie zwierzaka. Momentami  jest nieezpiecznie I smiesznie. Po odpoczynku ruszylismy w kierunku lodowca, ale przechanie  wydaje sie bardzo niewielkiego odcinka 80km dla roweu to calodniowa wyprawa, a hulajacy wiatr prosto w twarz to dodatkowe pol dnia…odposcilismy ;( nadrobimy to w Torres del Paine

DSC00866DSC00862DSC00870DSC00873DSC00867

Czas bylo wrocic do glownej drogi Ruta40 I jechac dalej na poludnie. Tego dnia wiatr byl dla nas wyjatkowo laskawy I jak strzaly popedzilismy  pobijajac record rekordow- 163km, a na dobranoc trafilismy na mila niespodzanke-budynek firmy AVGW zajmujaca sie remontem drog. Niesamowicie sympatyczny pracownik z usmiechem od ucha do ucha wycalowal nas na dzien dobry i zaoferowal do spania domek I cieply prysznic 🙂 ach juz lepiej byc nie moze 🙂

DSC00846 wpid-pb110213.jpg

tuz przy budynku drogi sie rozdzielaja- glowna wiedzie dalej prosto, a w prawo odbija droga szutrowa, ktora jest skrotem.  Pomyslelismy- ,,zaoszczedzamy prawie 80km, w razie czego jak bedzie ciezko cos zlapiemy,,…ale przejechanie tych 70km zajelo nam dwa mordercze dni, srednia predkosc 7km/h…wiatr prosto w twarz, pozniej boczny zwalajacy z siedelek, kola obsuwaly sie na luznych kamieniach…to byla chyba najbardziej meczaca trasa ktora wykonczyla nas niesamowicie…

DSC00887DSC00888wpid-pb120218.jpg

Nie powiem, dla mnie to byl bardzo trudny odcinek…od paru dni towarzyszylo mi male zalamanie I zrezygnowanie. Wiecznie hulajacy wiatr, brud I  zimno w nocy wypalily mnie niesamowiecie. Na domier  zlego w najgorszym momencie wprzyszlo nam przedzierac sie przez ta szutrowke… walczylam ze slabosciami, klnelam pod nosem, denerwowalam sie, az w koncu usiadlam posrodku niczego, zucilam rower na glebe I lzy z oczu same naplynely mi do oczu.  Niemialam sily na nic, najchetniej w tamtym momncie wsiadlabym w samolot i w cholere wrocila do domu i do rodziny za ktora bardzo tesknie…ale wiedzialam, ze jest to niemozliwe I musze walczyc z ta slaboscia…

wpid-pb120221.jpgwpid-pb120230.jpg

gdy wreszcie dotarlismy do asfaltu, znalezlismy sie w jeszcze wiekszej dziurze. Oprocz maluskiej stacjii paliw nie bylo nic. Zimno przeszywalo cialo…ale ku naszemu zaskoczeniu przy jednym machnieciu reki w strone samochodu, zatrzymalo sie auto I podjechalismy okolo 50km do miejscowosci Rio Turbio. Potrzebowalismy odreagowac ostatnie dni, a butelka wisky pomogla nam w tym 🙂 noc spedzilismy na nieczynnym camping, a w celu ochrony przed wiatrem rozbilismy namiot w toalecie szczesliwi, ze w ciszy zasypiamy 🙂

Oprocz tego ze Patagonia to ciagly zabojczy wiatr, to na domiar zlego jest depresyjnie plaska I monotonna. Dookola pustka, pojedyncze suche drzewa, na pobocznach tylko sucha trawa, zadnych kolorow I kwiatow. Chociaz  jest w tym cos takze magicznego, czlowiewiek oddaje sie swoim myslom, marzeniom obserwyjac  stada gunaco spacerujace po polach i pancerniki wedrujace po ulicy.

Argentynska Patagonia to ´piekna kraina, ale wymagajaca…potrafi zdolowac, a wiatr wymeczyc jak nigdzie indziej

DSC00841

Info praktyczne:

Wybierajac sie na podboj RUTY40 nalezy bezwzglednie zabezpieczyc sie z zapas jedzenia!! Najlepiej zrobic to jeszcez w Chile Chicko, lub juz po stronie Argentyny w Perito Moreno, ktora jest ostsnia miejscowoscia na przestrzeni wieeelu kikometrow. Malutki sklepik znalezlismy tylko w  miejscowościach Bajo Caracoles i Tres Lagos.

Reklamy

Informacje o Namiot nasz dom

Od września 2013 roku w wyprawie rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej
Ten wpis został opublikowany w kategorii Argentyna i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Argentynska Patagonia-pustka w której główną rolę odgrywa wiatr

  1. D&P pisze:

    Trochę namieszaliście z nazwami miasteczek 🙂 Według tego co widać na zdjęciach to rodeo było w El Calafate i stamtąd pewnie chcieliście jechać do lodowca Perito Moreno. El Chalten jest w tym samym parku ale około 200km od El Calafate u podnóża Fitz Roya. Wiatr w argentyńskiej Patagoni potrafi nieźle dać do wiwatu 🙂 Sami nie wiemy jak byliśmy wstanie wytrzymać tam ponad 3 miesiące. 🙂 Powodzenia w Tores del Paine którego nie zaliczyliśmy z powodu zimy.

  2. D&P pisze:

    A jeśli chodzi o budynek robót drogowych gdzie Was tak miło ugoszczono to my mamy niemiłe skojarzenia. Pan który tam był potraktował nas jak intruzów. Opisaliśmy to tutaj: http://tandempl.wordpress.com/2014/11/10/1055/

  3. Krzysiek pisze:

    Wszystko pięknie, fajnie się czyta. Na rowerze trzeba mieć kondycję, nie? 🙂
    Tylko mała nieścisłość z tą ruta 40. Zaczyna się, lub kończy, zależy jak patrzeć, pod Rio Gallegos i ciągnie do La Quiaca. Imponująca – ponad 5000 km 🙂
    A kamping w Perito Moreno był faktycznie fajny, zwłaszcza dostęp do kuchni.
    Pozdrawiam.

    • kondycja przychodzi sama na takiej wyprawie. Najgorszy jest pierwszy miesiąc gdy trzeba się wdrożyć do wszystkiego i pod każdym względem. Nowi ludzie, zwyczaje, klimat, boląca pupa, kryzys… ale warto!!

  4. Krzysiek pisze:

    Wiem to z własnego doświadczenia. O tej bolącej pupie również 🙂 Choć nie musieliśmy przynajmniej pedałować 🙂 Ale osiem miesięcy na motocyklach po Ameryce Południowej dało się we znaki 🙂
    Pozdrawiamy!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s