Plaskowyż Bolaven – kawa i nieplanowany pobyt w dżungli

Po odpoczynku i większych zakupach w Pakxe w przemiłym guesthomie zastanawialismy się co dalej. najłatwiejszą opcja bylaby kontynuacja drogi nr13 i za dwa dni picie drinków w hamakach na jednej z wysp nad Mekongiem, albo ciekawsza wersja-odbicie na wschód do krainy woda i kawa płynącej- płaskowyżu Bolaven. nie zastanawiając sie dłużej niż minute wybraliśmy oczywiście opcje nr.2  🙂 na drugi dzień ruszyliśmy droga nr 165 do miejscowości Muang Pakxon. niby to tylko 50km ale  kosztowało nas to litry wylnego potu. cala trasa wiodła pod gore gdzie wysokość w najwyższym punkcie wynosiła 1322m.

DSC01999.JPGDSC01991.JPG

DSC01839.JPGDSC01806.JPGDSC01803.JPGDSC01796.JPG

oprócz tego po  drodze odbiliśmy, zainteresowani informacja o wodospadzie. niestety ze względu na miejsce  oblegane turystami nie obeszło  sie bez budki i  bilecików…wodospad szału nie robił.  po dojechaniu do celu i zjedzeniu zupy wyjechaliśmy parę kilometrów za miejscowość i znaleźliśmy fajne miejsce na rozbicie namiotu. po drodze w blasku zachodzącego  słońca mijaliśmy  ogromne plantacje kawy posadzone równiutko w rządkach ciągnące się daleko poza horyzont.

DSC01875.2.jpg

na drugi dzień wstaliśmy rano trochę zziębnięci-termetr na tej wysokości pokazywał 14stopni!!przyzwyczajeni do wysokiej temperatury powietrza raz, dwa założyliśmy na siebie polary 🙂

DSC02002.JPG

W celu rozgrzewki ruszyliśmy w kierunku drogi nr.11.  początkowo trasa leniwie ciągnęła sie przez wioseczki, które już z daleka zachwycały zapachem  suszonej kawy. przy każdym domku rozłożona  była płachta, gdzie w słońcu suszyły sie owoce kawy świeżo zerwane z krzaka.

DSC02023.JPGDSC02010.JPG

liczne strumyki i rzeczki az prosiły się żeby schłodzić nasze ciała-co oczywiście uczyniliśmy:-)

DSC01851.JPG

stan nawierzchni drogi po malu zamieniał sie w polna ścieżynkę. o asfalcie dawno  już  zapomnieliśmy, od paru kilometrów towarzyszyła nam czerwona , spalona słońcem zaschnięta glina. jak się później okazało, droga ta jest dopiero w budowie, a najbliższe połączenie z asfaltem ma miejsce za ok. 20km. Co jakiś czas mijał nas jakiś miejscowy zdziwiony wyraźnie naszym widokiem, przyroda zachwycała, plantacje kawy, soczysta zieleń pol ryżowych, dźwięki lasu, piękne góry i czerwień drogi pośrodku….

DSC02039.JPG

DSC02041.JPG

DSC02044.JPGczar niestety chwilowo  prysł gdy droga zamieniła sie w błotnistą maź…zastanawiając się co z tym fantem zrobić, zdjęliśmy sandały i na boso po malu pchaliśmy ciężkie rowery.  błoto sięgało do łydek w stopy wbijały sie ostre kamienie, a rowery zapadały sie pod swoim ciężarem

DSC02047.JPGDSC02045.JPG

P1040492.JPGP1040490.JPG

P1040458.JPG

oblepione błotem były  jeszcze cięższe. na szczęście tuz za błotną kąpielą był strumyk, wiec uradowani wskoczyliśmy do niego  razem z rowerami:-) oprócz nas z  kąpieli korzystali kierowcy skuterków, którzy tak jak my mieli bliskie spotkanie z błotkiem:-)  czystość nie trwała jednak długo, za jakiś czas czekała na nas kolejna przeprawa przez blotko- na  szczescie ostatnia. O swojej obecności przypomniał także wodospad Katamtok. Słyszalny już z daleka szum i ilość  spadajacej wody przyprawiał o dreszcze,  zapewne gdy skończą budowę drogi przez to miejsce przewija sie będą autobusy z turystami, a co za tym idzie miejsce na biznes.  Nas na szczęśćcie nas jeszcze to ominęło.

DSC02051.JPG

DSC02064.JPG

zjedliśmy ciasteczka , przejechaliśmy parę  kilometrów  po kamienistej drodze i  naszym oczom ukazał sie asfalt!! czyli dojechaliśmy do drogi nr 11. miejscowi dziwnie nam sie przyglądali, zresztą trudno sie dziwić, nie każdy jeździ droga, która jest w opłakanym stanie, a już wogole nie turyści i to na rowerach. ale widoki i klimat przygody przebił wszystkie  niedogodności. dzień zakonczylismy noclegiem pod wiata gdzieś w polu niedaleko miejscowości Ban Lak Hasipong

DSC02072.JPGDSC02071.JPGDSC02068.JPG

rano obudził nas dźwięk skuterka. para Laotańczyków,  która przyjechała była nieco zaskoczona naszym widokiem.. dwóch białasów śpi  sobie w najlepsze pod moskitiera w jakiejś starej szopie  🙂 zaczął sie kolejny dzień przygody, ciekawe jaki dziś napisze scenariusz. Dojazd do miejscowości Attapeu, gdzie zrobiliśmy sjestę, nie przysporzył nam problemów. Gorzej wyglądała boczna droga nr.18A którą sie kierowaliśmy dalej.

Asfalt  zastąpiła szutrowa nawierzchnia w fatalnym stanie, na domiar zlego przejeżdżające z duza prędkością samochody pyliły i wzbijały w powietrze tumany  kurzu ograniczające widoczność i oddychanie. Ale widoki jak zawsze zachwycały. góry na tle ryżowych pol uprawnych i pasących sie bawołów, ludzie tradycyjnie gorąco nas pozdrawiali, dzieci wyskakiwały na drogę żeby przybić nam ,,piątkę,,. wytrzęsieni noc spedzilismy w lokalnej świątyni u Mnichów w miejscowości Banamxai nie spodziewając się ze prawdziwa przygoda dopiero przed nami…:-)

DSC02080.JPGDSC02081.JPGDSC02083.JPGDSC02090.JPGDSC02086.JPGDSC02075.JPG

dzień dal nam  ostro w kość, a przy tym byl jednym z ciekawszych podczas wizyty w Laosie. Poczałkowo kierowalismy sie według planu obrana wcześniej trasa. Jechlismy zadowoleni wiejska droga, niestety szybko pojawiły się problemy w postaci blotka. pierwsza przeszkodę udalo nam sie pokonać i wyjść z tego czysto.  druga przeszkoda nas przerosła.  rozlewisko błota było tak duże i głębokie, ze  nawet skuterki grzęzły. na szczęście w porę pojawił sie traktorek, który przewiózł nas przez dwa rozlewiska.

DSC02097.JPGDSC02106.JPGDSC02098.JPG

 

heh z uśmiechami na twarzach ze jesteśmy czysci (jeszcze) dojechaliśmy do kolejnego blotka, które nie bylo dla nas juz takie przyjazne. ubabraliśmy sie jak świnki w korycie:-) na szescie za  jakiś czas była duza rzeka do wykapania się. niestety to byl ostatni moment sielanki.  Następne 30km jechaliśmy droga, której nie było na mapie ani GPS’sie. w  przekonaniu, ze jedziemy dobrze utwierdzały nas jeżdżące raz po raz skuterki. W około otaczała nas prawdziwa dżungla, tylko natura i jej siła,  która nie chciała ustąpić i zalała nas tropikalna ulewa, przez co gliniana droga była ciężka do jazdy. po ścieżce na gpsie można było wywnioskować, ze jedziemy w kierunku Pakxe…i tak tez było. Pod wieczór dojechaliśmy do jakiejś wioski i nocleg spędziliśmy w świetlicy szkolnej, gdzie razem z miejscowymi przeanalizowaliśmy nasza trasę. Chociaż nie pojechaliśmy jak chcieliśmy, to wlanie dzięki temu rodzą się najlepsze przygody.

DSC02125.JPGDSC02116.JPGDSC02126.JPGDSC02108.JPG

P1040508.JPG

Tak wyglądają prysznice w małych wioskach. Kobiety zawsze chodzą w grupach i zakrywają się dużymi chustami i pod nimi czyszczą swoje ciało. Mój mały rętrznik był niewystarczający, na szczęście w pomocy przyszła kobieta i pożyczyła mi swoją chustę 🙂

Dzisiaj obudziliśmy sie ze swiamoscia, ze tylko 30km dzieli nas od cywilizacją…. jak się zdarzyliśmy przekonać w Laosie wszystko jest nieprzewidywalne, a tym bardziej w dżungli. Po przejechaniu zaledwie 2km na przywitanie niespodzianka- przeprawa przez rzekę…nie wierzyliśmy, ze ,,główna” droga do Pakxe , którą dziennie pokonuje wiele osób wiedzie wpław przez rzeke…ale widząc rozbierających sie miejscowych do gaci i przenoszących na drugi brzeg wory, sprzęt i skuterki…wiedzieliśmy ze czeka nas to samo.

DSC02130.JPGDSC02153.JPGDSC02143.JPGDSC02132.JPG

DSC02133.JPG

P1040512.JPG

P1040495.JPGDSC02129.JPG

Po godzinie i paru kursach wszystko było na drugim brzegu. Jednak jak sie później okazało dżungla tak latwo nas nie wypuści… kolejne godziny byly walka ze słabościami i samym sobą….  ścieżka prowadziła przez  dżunglę, ostro pod gore. Początkowo pchaliśmy rowery, uważając  żeby nie nadepnąć na zielone miejsca pokryte glonami, które były bardzo śliskie. Po kolejnej godzinie pchanie rowerów stało sie niemożliwe, gliniany błotnisty rów wyryty przez wodę  odbierał mi resztki sil. Ciężki rower zsuwał sie ciągle na boki. Gdyby teraz zaczęło padać, wszystko zamiennio by sie w lepka maź… raz na 2godz mijaliśmy prymitywne wioseczki gdzie ludzie raczej rzadko w tym miejscu widza białych. Dzieci sie nas bały i uciekały. Nagle zza drzewa wyszło paru gości z przewieszonymi karabinami przez plecy… minęliśmy sie bez słowa wymieniając sie tylko małym i niepewnym uśmiechem na twarzy, w myślach błagałam, żeby jak najszybciej zniknąc im z oczu.  mijala kolejna godzina, walka ze zmęczeniem

DSC02154.JPGDSC02157.JPGDSC02158.JPG

Kiedy myśleliśmy, ze gorzej być juz nie może,  okazało sie ze….może. tuz za rogiem czekał na nas przerażający widok.  Wykarczowany las, poprzewracane wielkie pale drzew i zaorana ziemia po której ciężko było iśc, a z rowerami było to niemożliwe … Zapadalismy sie,  zwalone drzewa nie pozwalały na zwykle chodzenie, a my mieliśmy jeszcze 40kg nieporeczny bagaż. nagle naszym oczom ukazały się dwie koparki i jakaś wiata. Po wdrapaniu sie na gore okazalo sie ze mieszkają tam Wietnamcy robotnicy, którzy budują drogę. Dali nam herbate, poczęstowali lokalnym bambusowym papierosem i uświadomili , ze do najbliższej miejscowości jest 10km.

P1040514.JPGP1040515.JPG

Jeden z Wietnamczyków pomógł mi wepchnąć rower, ziemista grząska droga nareszcie nadawała sie do spokojnego marszu. Mieliśmy masę szczęścia bo podjechała ciężarówka zabierając nas i Wietnamczyka do najblizszej drogi.  Dojechaliśmy 14km do Pakxong, gdzie po zjedzeniu zupy zjechaliśmy z płaskowyżu 50km do Pakxe.

 

 

Advertisements

Informacje o Namiot nasz dom

Od września 2013 roku w wyprawie rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej
Ten wpis został opublikowany w kategorii Laos i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Plaskowyż Bolaven – kawa i nieplanowany pobyt w dżungli

  1. Skarpetianin pisze:

    I to mnie się podoba. Nie jakaś tam monotonna jazda trasami, które inni przemierzyli przed Wami, ale odkrywanie Nowego. Gratuluję!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s